Jakiś czas temu uczestniczyłyście wraz ze mną w tzw. Open box, czyli krótkiej fotograficznej relacji z otwierania pudełka z kosmetykami. Tytuł posta był z premedytacją prowokacyjny - „Otwieramy pudełko marzeń”. Pudełko zawierało produkty nowej polskiej marki selektywnej ILUA.
Kosmetyki selektywne powszechnie kojarzą się z luksusem, prestiżem wynikającym z renomy danej firmy, z zastosowanych wyselekcjonowanych i opatentowanych składników oraz z wysoką skutecznością. Oczywiście nie wszystkie te cechy zawsze idą ze sobą w parze. W przypadku znanych marek płacimy także za całą tzw. otoczkę marketingową.
W przypadku ILUA „selektywność” nabiera innego znaczenia. To kosmetyki ręcznie robione, na indywidualne zamówienie, w 100% naturalne, o ściśle określonym terminie przydatności, dla klienta wymagającego skutecznego działania. Dla mnie to właśnie to indywidualne podejście do każdej klientki stanowi w dużej mierze o selektywności kosmetyków ILUA. Klientka czuje się wyjątkowo już po odwiedzeniu strony internetowej, a także otwarciu przesyłki, o czym pisałam w poprzednim poście. Dzisiaj chcę opowiedzieć o wyjątkowym działaniu produktów ILUA.
Posiadam 3 produkty: masło do twarzy, krem na noc i serum.
Pierwszym kosmetykiem, na który się zdecydowałam było masło do twarzy Dom Błękitnego Mango. Nazwa tego produktu, jak i wielu innych tej marki, pochodzi z literatury. Masło wzięło swą nazwę od tytułu powieści hinduskiego pisarze Davida Davidara. Jak i pozostałe kosmetyki marki, masło znajduje się w szklanym eleganckim słoiczku z ciemnego szkła firmy Miron. To szkło działa jak naturalny filtr, który pozwala jedynie na przenikanie tych promieni słonecznych, które chronią i poprawiają jakość produktów.
Zdecydowałam się na masełko, ponieważ zgodnie z opisem ma silnie natłuszczać nawet bardzo suchą skórę. Mojej skórze, zwłaszcza zimą nie wystarcza nawilżenie, ba, nawilżenie nawet jej nie służy. Im więcej w kosmetyku wody tym gorzej się ma :(. To czego szukam zimą, to właśnie natłuszczenie, które chroni ją przed szkodliwym działaniem warunków atmosferycznych i zmianami temperatury. Dodatkowo moja skóra jest dojrzała z tendencją do zaczerwienień, brakuje jej jędrności, blasku, gładkości. Gdy jest dobrze natłuszczona staje się bardziej elastyczna, miękka, rozświetlona i mniej podrażniona.
Dom Błękitnego Mango ma bardzo zwartą, gęstą konsystencję i kolor pełnowartościowego … masła :). Pachnie oczywiście jak dojrzałe mango ale mniej intensywnie.
Główne składniki to:
„masło mango - zawiera wysokie stężenie kwasu stearynowego i oleinowego. Pozostawia na skórze aksamitne uczucie gładkości. Ułatwia gojenie się niewielkich ran i podrażnień. Bardzo dobrze nawilża skórę.
masło kokum - od wieków używane w Indiach dla zmiękczenia i uelastycznienia skóry. Jest bogate w witaminę E i nienasycone kwasy tłuszczowe.
masło waniliowe - intensywnie odżywia i relaksuje skórę, to również źródło polifenoli działających silnie antyoksydacyjnie i przeciwzapalnie.
olej monoi - wonny olej wywodzący się z Tahiti, wytwarzany ręcznie według tradycyjnej receptury z kwiatów gardenii tahitańskiej, posiada właściwości nawilżające, wygładzające i zmiękczające skórę. Na skórze pozostawia jedwabisty film chroniący przed czynnikami zewnętrznymi środowiska.
olej buriti - ważne źródło karotenoidów odpowiedzialnych za pobór tlenu, zwalcza wolne rodniki, chroni skórę przed uszkodzeniem, pobudza produkcję kolagenu i elastyny.
olej babassu - wytłaczany z nasion palmy Cohune zwanej przez tubylców "Drzewem życia Majów" zmiękcza skórę, czyni ją delikatną i zabezpiecza przed działaniem niekorzystnych czynników zewnętrznych, odbudowuje warstwę lipidową skóry.
olej ze słodkich migdałów - wygładza skórę. Ma właściwości odżywcze, nawilżające, uelastyczniające oraz łagodzi podrażnienia.”
Właśnie ten skład mnie przekonał. Masła i oleje, to to, co bardzo polubiła moja skóra.
Kosmetyk należy przechowywać w lodówce, co oprócz gwarancji świeżości i jakości ma dodatkową zaletę podczas aplikacji. Taki schłodzony produkt, delikatnie rozgrzany w dłoniach przed nałożeniem sprawia, że moja skóra odczuwa swoisty zastrzyk energii. Masełko, mimo gęstej konsystencji dobrze się rozprowadza i wbrew podobieństwu do spożywczego masła nie daje „tłustego” efektu. Na twarzy zamienia się jakby w gęsty mus. Przez pierwsze trzy tygodnie stosowania moja skóra chłonęła je całkowicie, co świadczyło o tym , jak bardzo była przesuszona. Po tym czasie pozostawał na niej delikatny film, który jednak absolutnie nie był niekomfortowy. Masełka używałam na dzień, pod makijaż i mimo stosowania dość bagatych podkładów nic nie spływało, nie warzyło się. Moja skóra wyglądała na zdrowo nawilżoną, rozjaśnioną i chyba młodszą. Niektóre z Was zauważyły to, gdy prezentowałam na blogu paletę Kevyna Aucoin TU. Ten blask, może nieco zbyt ewidentny ale według mnie nienachalny zawdzięczam właśnie pielęgnacji ILUA.
Jedynym mankamentem jaki widzę w masełku jest jego pojemność w stosunku do okresu przydatności. Za 280zł. otrzymujemy 100g produktu. Nie udało mi się go zużyć w ciągu wyznaczonego 2,5 miesiąca. Nie ma jednak tragedii, ponieważ jako naturalny kosmetyk może zostać wykorzystany do innych partii ciała. Ja zastosowałam je do ciała. Świetnie się sprawdziło.
Drugim kosmetykiem ILUA, który wybrałam jest krem na noc Lady in Red (od tytułu pięknej piosenki Chrisa de Burgha). Krem przeznaczony jest dla kobiet po 30-tce, ma działać przeciwzmarszczkowo i walczyć z innymi objawami starzenia się skóry. Krem łączy składniki pochodzące z komórek wąkroty azjatyckiej i nowozelandzkiej paproci drzewiastej o silnym działaniu przeciwstarzeniowym, regenerującym i przeciwzmarszczkowym.
Znajdziemy tu też esencjonalne ekstrakty z wanilii i granatu oraz olej z opuncji figowej i patagońskiej róży, które dodatkowo intensyfikują działanie.
Dodatkowym atutem Lady in Red jest możliwość stosowania na skórę wokół oczu.
Produkt należy przechowywać w lodówce. Okres przydatności to 2,5 miesiąca a pojemność 50g.
Krem ma lekką konsystencję, malinowy kolor i zapach zapewne dzięki zastosowaniu ceramidów malinowych, które wpływają na barierę ochronną skóry, poprawiają nawilżenie skóry oraz uszczelniają barierę naskórka, dzięki czemu jest chroniona przed podrażnieniami.
Aplikacja w połączeniu z zapachem sprawia, że z autentyczną przyjemnością wyczekuję każdego wieczora. Krem jest bardzo wydajny i jeśli nie uda się go zużyć w ciągu 2,5 miesiąca można z powodzeniem stosować go na dzień. Podobnie jak w przypadku masła do twarzy zaletą kosmetyków naturalnych jest ich wielofunkcyjność.
W odróżnieniu od masła Lady in Red jest lekki, delikatny, dobrze się wchłania przy każdej aplikacji. Rano jednak budzę się z uczuciem, że skóra nie jest goła, nie biegnę do łazienki by natychmiast coś na nią nałożyć. Krem bardzo dobrze działa także na moje zaczerwienienia, wieczorem koi i łagodzi skórę, pewnie także dzięki uprzedniemu schłodzeniu. Co do redukcji zmarszczek to nie zauważyłam aby te, które mam zniknęły natomiast dzięki odżywieniu, odpowiedniemu poziomowi nawilżenia jaki daje krem moja skóra jest wygładzona, bardziej elastyczna więc optycznie zmarszczki są mniej widoczne. W opinii znajomych wygląda świeżo, młodziej i jaśniej.
O serum opowiem przy najbliższej okazji.
Jedno jest pewne – pielęgnacja ILUA zostanie ze mną na długo.
Kosmetyki selektywne powszechnie kojarzą się z luksusem, prestiżem wynikającym z renomy danej firmy, z zastosowanych wyselekcjonowanych i opatentowanych składników oraz z wysoką skutecznością. Oczywiście nie wszystkie te cechy zawsze idą ze sobą w parze. W przypadku znanych marek płacimy także za całą tzw. otoczkę marketingową.
W przypadku ILUA „selektywność” nabiera innego znaczenia. To kosmetyki ręcznie robione, na indywidualne zamówienie, w 100% naturalne, o ściśle określonym terminie przydatności, dla klienta wymagającego skutecznego działania. Dla mnie to właśnie to indywidualne podejście do każdej klientki stanowi w dużej mierze o selektywności kosmetyków ILUA. Klientka czuje się wyjątkowo już po odwiedzeniu strony internetowej, a także otwarciu przesyłki, o czym pisałam w poprzednim poście. Dzisiaj chcę opowiedzieć o wyjątkowym działaniu produktów ILUA.
Posiadam 3 produkty: masło do twarzy, krem na noc i serum.
Pierwszym kosmetykiem, na który się zdecydowałam było masło do twarzy Dom Błękitnego Mango. Nazwa tego produktu, jak i wielu innych tej marki, pochodzi z literatury. Masło wzięło swą nazwę od tytułu powieści hinduskiego pisarze Davida Davidara. Jak i pozostałe kosmetyki marki, masło znajduje się w szklanym eleganckim słoiczku z ciemnego szkła firmy Miron. To szkło działa jak naturalny filtr, który pozwala jedynie na przenikanie tych promieni słonecznych, które chronią i poprawiają jakość produktów.
Zdecydowałam się na masełko, ponieważ zgodnie z opisem ma silnie natłuszczać nawet bardzo suchą skórę. Mojej skórze, zwłaszcza zimą nie wystarcza nawilżenie, ba, nawilżenie nawet jej nie służy. Im więcej w kosmetyku wody tym gorzej się ma :(. To czego szukam zimą, to właśnie natłuszczenie, które chroni ją przed szkodliwym działaniem warunków atmosferycznych i zmianami temperatury. Dodatkowo moja skóra jest dojrzała z tendencją do zaczerwienień, brakuje jej jędrności, blasku, gładkości. Gdy jest dobrze natłuszczona staje się bardziej elastyczna, miękka, rozświetlona i mniej podrażniona.
Dom Błękitnego Mango ma bardzo zwartą, gęstą konsystencję i kolor pełnowartościowego … masła :). Pachnie oczywiście jak dojrzałe mango ale mniej intensywnie.
Główne składniki to:
„masło mango - zawiera wysokie stężenie kwasu stearynowego i oleinowego. Pozostawia na skórze aksamitne uczucie gładkości. Ułatwia gojenie się niewielkich ran i podrażnień. Bardzo dobrze nawilża skórę.
masło kokum - od wieków używane w Indiach dla zmiękczenia i uelastycznienia skóry. Jest bogate w witaminę E i nienasycone kwasy tłuszczowe.
masło waniliowe - intensywnie odżywia i relaksuje skórę, to również źródło polifenoli działających silnie antyoksydacyjnie i przeciwzapalnie.
olej monoi - wonny olej wywodzący się z Tahiti, wytwarzany ręcznie według tradycyjnej receptury z kwiatów gardenii tahitańskiej, posiada właściwości nawilżające, wygładzające i zmiękczające skórę. Na skórze pozostawia jedwabisty film chroniący przed czynnikami zewnętrznymi środowiska.
olej buriti - ważne źródło karotenoidów odpowiedzialnych za pobór tlenu, zwalcza wolne rodniki, chroni skórę przed uszkodzeniem, pobudza produkcję kolagenu i elastyny.
olej babassu - wytłaczany z nasion palmy Cohune zwanej przez tubylców "Drzewem życia Majów" zmiękcza skórę, czyni ją delikatną i zabezpiecza przed działaniem niekorzystnych czynników zewnętrznych, odbudowuje warstwę lipidową skóry.
olej ze słodkich migdałów - wygładza skórę. Ma właściwości odżywcze, nawilżające, uelastyczniające oraz łagodzi podrażnienia.”
Właśnie ten skład mnie przekonał. Masła i oleje, to to, co bardzo polubiła moja skóra.
Kosmetyk należy przechowywać w lodówce, co oprócz gwarancji świeżości i jakości ma dodatkową zaletę podczas aplikacji. Taki schłodzony produkt, delikatnie rozgrzany w dłoniach przed nałożeniem sprawia, że moja skóra odczuwa swoisty zastrzyk energii. Masełko, mimo gęstej konsystencji dobrze się rozprowadza i wbrew podobieństwu do spożywczego masła nie daje „tłustego” efektu. Na twarzy zamienia się jakby w gęsty mus. Przez pierwsze trzy tygodnie stosowania moja skóra chłonęła je całkowicie, co świadczyło o tym , jak bardzo była przesuszona. Po tym czasie pozostawał na niej delikatny film, który jednak absolutnie nie był niekomfortowy. Masełka używałam na dzień, pod makijaż i mimo stosowania dość bagatych podkładów nic nie spływało, nie warzyło się. Moja skóra wyglądała na zdrowo nawilżoną, rozjaśnioną i chyba młodszą. Niektóre z Was zauważyły to, gdy prezentowałam na blogu paletę Kevyna Aucoin TU. Ten blask, może nieco zbyt ewidentny ale według mnie nienachalny zawdzięczam właśnie pielęgnacji ILUA.
Jedynym mankamentem jaki widzę w masełku jest jego pojemność w stosunku do okresu przydatności. Za 280zł. otrzymujemy 100g produktu. Nie udało mi się go zużyć w ciągu wyznaczonego 2,5 miesiąca. Nie ma jednak tragedii, ponieważ jako naturalny kosmetyk może zostać wykorzystany do innych partii ciała. Ja zastosowałam je do ciała. Świetnie się sprawdziło.
Drugim kosmetykiem ILUA, który wybrałam jest krem na noc Lady in Red (od tytułu pięknej piosenki Chrisa de Burgha). Krem przeznaczony jest dla kobiet po 30-tce, ma działać przeciwzmarszczkowo i walczyć z innymi objawami starzenia się skóry. Krem łączy składniki pochodzące z komórek wąkroty azjatyckiej i nowozelandzkiej paproci drzewiastej o silnym działaniu przeciwstarzeniowym, regenerującym i przeciwzmarszczkowym.
| Masełko do twarzy i krem na noc |
Znajdziemy tu też esencjonalne ekstrakty z wanilii i granatu oraz olej z opuncji figowej i patagońskiej róży, które dodatkowo intensyfikują działanie.
Dodatkowym atutem Lady in Red jest możliwość stosowania na skórę wokół oczu.
Produkt należy przechowywać w lodówce. Okres przydatności to 2,5 miesiąca a pojemność 50g.
Krem ma lekką konsystencję, malinowy kolor i zapach zapewne dzięki zastosowaniu ceramidów malinowych, które wpływają na barierę ochronną skóry, poprawiają nawilżenie skóry oraz uszczelniają barierę naskórka, dzięki czemu jest chroniona przed podrażnieniami.
Aplikacja w połączeniu z zapachem sprawia, że z autentyczną przyjemnością wyczekuję każdego wieczora. Krem jest bardzo wydajny i jeśli nie uda się go zużyć w ciągu 2,5 miesiąca można z powodzeniem stosować go na dzień. Podobnie jak w przypadku masła do twarzy zaletą kosmetyków naturalnych jest ich wielofunkcyjność.
W odróżnieniu od masła Lady in Red jest lekki, delikatny, dobrze się wchłania przy każdej aplikacji. Rano jednak budzę się z uczuciem, że skóra nie jest goła, nie biegnę do łazienki by natychmiast coś na nią nałożyć. Krem bardzo dobrze działa także na moje zaczerwienienia, wieczorem koi i łagodzi skórę, pewnie także dzięki uprzedniemu schłodzeniu. Co do redukcji zmarszczek to nie zauważyłam aby te, które mam zniknęły natomiast dzięki odżywieniu, odpowiedniemu poziomowi nawilżenia jaki daje krem moja skóra jest wygładzona, bardziej elastyczna więc optycznie zmarszczki są mniej widoczne. W opinii znajomych wygląda świeżo, młodziej i jaśniej.
O serum opowiem przy najbliższej okazji.
Jedno jest pewne – pielęgnacja ILUA zostanie ze mną na długo.


